Głową w Mur - Garou: Mark Of The Wolves
Głową w Mur - Garou: Mark Of The Wolves
odwiedź forum
SS-NG #35 pożegnalny 2005
35






Wojciech "Sashh" Felczak
    Siewka! To niestety już nasze ostatnie spotkanie w SS-NG pod szyldem ‘Głową W Mur’. W tym miejscu pragnę podziękować Gulashowi i Konsolite z Secret Service, którzy zaszczepili we mnie sympatię do wszelkiego rodzaju mordobić, a także Drizitowi, dzięki któremu dane mi było pisać tutaj przez całe 20 numerów (jak ładnie to się skalkulowało ;p). Na koniec działalności zina niespodzianka – Głową W Mur wydanie DeLuxe, miłej zabawy.
  Certainly, they existed...


Był to numer 81 najlepszego czasopisma o grach ever. Akurat spędzałem wczasy na wypoczynku w zorganizowanej grupie osób, w miejscu którego nie chcielibyście znać i w towarzystwie jakiego nie chcielibyście poznać – tak zwane „kolonie młodzieżowe”. Jako, że czasy były jakie były, a o wszelakich nowych produkcjach z Kraju Kwitnącej Wiśni niezbyt zamożny człowiek dowiedzieć się mógł jedynie z czasopism pokroju SS’a, to po przewróceniu kilkunastu kartek, od razu rzuciła mi się w oczy pewna recenzja. Piękne, kolorowe obrazki, grafika powalająca na kolana i bardzo przychylny tekst autora, sprawiły, że postanowiłem pograć w nią, kiedy tylko będę miał najbliższą okazję. Okazja ta nadarzyła się dużo później, gdy wiele wody w Wiśle upłynęło. Ale stało się – od klasowego kumpla dostałem dwie płyty z romami oraz emulatorami i odpalałem właśnie po kolei wszystkie gry, przywodząc na myśl wspomnienia z salonów gier (nie było tego znowu aż tak wiele, ale jednak kilka gier się przeszło) natknąłem się na coś o znajomej nazwie. „Garou... Garou... skąd ja to znam?” Po uruchomieniu wszelkie wątpliwości odeszły w niepamięć.



  Those blinded by ambition...


Ostatnią recenzję zaczynam wspominkowo, bo jest co wspominać. Złote czasy dla fanów mordobić – ta dwuwymiarowa produkcja od SNK już kilka tygodni szturmuje same szczyty japońskich i światowych list przebojów. Salony gier są oblegane przez fanów krwawej rozrywki, a rzeka pieniędzy wlewa się do kieszeni ich właścicieli. Gry są naprawdę świetne – oprócz tradycyjnych odgrzewanych kotletów, nie ma mowy o wypuszczaniu crapu. Tak, tak, od tego czasu minęło już ponda pięć dobrych lat. Automaty, na których graliśmy w nieśmiertelne hity pokroju GAROU, KING OF FIGHTERS, czy SAMURAI SHODOWN są już historią. Producenci przesiadają się na nowe maszyny i konsole następnej generacji, a stare gry giną w mrokach historii, lub przeżywają swoje kolejne młodości, dzięki fanom emulacji. Dla takich właśnie osób przeznaczona jest ta produkcja.



  Those consumed with vengance


Gra zaskakuje już od samego początku. Intro wprowadzające nas w realia świata, prezentuje się dosyć zagadkowo. A jest w co wprowadzać. Mimo, iż amerykański tytuł gry nie przynosi żadnych skojarzeń, to gdybyśmy zobaczyli automat z grą w Japonii, nie mielibyśmy problemu z przyporządkowaniem jej do konkretnej historii. Jest to bowiem dziewiąta (!) część serii FATAL FURY, ale z poprzedniczkami nie mająca jednak za wiele wspólnego. Jednym z elementów historii jest Terry Bogard – znany z każdej poprzedniej odsłony „hungry wolf”, jeden z bardziej charakterystycznych fighter’ów, jakich widziałem. Z jednej strony szkoda, że autorzy zostawili tylko go – jest mnóstwo innych postaci, które zobaczyłbym chętnie w tej jakości produkcji (jak choćby ulubieniec tłumów – Iori Yagmai), ale wojownicy, których udało się stworzyć panom z SNK również są bardzo oryginalni. Mamy tu całą plejadę postaci, dla każdego coś miłego. Zapaśnik Tizoc, karateka Gato, policjant Kevin, ninja Hokutomaru, czy walczący w stylu taekwondo K. Jae Hoon z pewnością stanowią szeroki wachlarz osobowości. Nie jest tak, jak to opisywałem miesiąc temu, że postaci są w gruncie rzeczy dosyć standardowe – dzięki dodaniu „historii” dla każdego, jest o co walczyć. Mamy tu siostry szukającej brata, młodych wilków chcących pokonać starą gwardię wojowników, czy niezwykle tajemniczego bossa końcowego... Gwarantuję, że aby poznać większość osób w stopniu zadowalającym, wypadałoby poświęcić dobre kilkadziesiąt godzin gry. A nie są to godziny stracone, bo...